Mózg zna drogę. Ale czy wie, dokąd iść?

Artykuł dla tych, którzy zajmują się zmianą — coachów, trenerów, psychologów i pracowników pomocowych. Dla każdego, kto choć raz pomyślał: „Przecież on wie, co powinien zrobić. Dlaczego tego nie robi?”. Może dlatego, że w pracy z człowiekiem nie zawsze warto zaczynać od planu. Czasem, zanim zapytamy: „Co zrobisz?”, warto pomóc mu usłyszeć, dokąd właściwie chce iść.

Jest takie japońskie słowo, które od jakiegoś czasu nie daje mi spokoju. Kokoro.

Tłumaczy się je jako „umysł, serce, duch”. Ale tak naprawdę trudno je przetłumaczyć. Opisuje bowiem coś, co w naszej kulturze nauczyliśmy się rozdzielać, a co stanowi jedność.

Umysł. Serce. Duch. Całość naszego bycia. I chyba właśnie dlatego to słowo tak mnie zatrzymało.

Alan Seale, twórca podejścia Transformującej Obecności, pisze, że przez całe dekady uczyliśmy się angażować w życie przede wszystkim z poziomu głowy. Serce dopraszało się czasem o głos, żeby — jak ujmuje to Seale — „nieco ociosać kanty”.

A gdyby odwrócić kolejność? Zacząć od serca. Od tego, co czujemy, wyczuwamy, zauważamy. Od szerszego obrazu. A dopiero potem zaprosić intelekt do tego, co robi najlepiej: organizowania, tworzenia strategii i działania. Brzmi pięknie.

Ale czy nie trochę naiwnie?

 ArtHouse Studio | pexels.com

Kto tu naprawdę rządzi?

James R. Doty, neurochirurg przez lata związany ze Stanford University, w książce „Mózg i serce — magiczny duet” przygląda się relacji pomiędzy mózgiem, sercem i sposobem, w jaki kierujemy własnym życiem. Przez lata pracował z mózgiem. Dosłownie — jako chirurg. A jednak z czasem coraz więcej uwagi poświęcał temu, czego nie da się zamknąć wyłącznie w analizie procesów zachodzących w głowie.

Bo mózg nie działa w próżni. Cały czas odbiera informacje z ciała. Z oddechu. Z napięcia. Z pracy narządów wewnętrznych. Z serca. Czyli mózg nie tylko mówi. Mózg również słucha. I odpowiada na to, co usłyszał.

Doty przypomina, że serce nie jest jedynie symbolem emocji. Jest biologicznym organem pozostającym w nieustannej komunikacji z mózgiem. A mnie fascynuje jeszcze jedna jego właściwość — to, że wokół serca powstaje mierzalne pole elektromagnetyczne. Nie traktuję tego jako odpowiedzi na wszystkie pytania o człowieka. Bardziej jako zaproszenie do refleksji, że nasze ciało nie kończy się tam, gdzie kończy się skóra.

Nie oznacza to, że serce „myśli”. Ani że posiada tajemną wiedzę o naszym przeznaczeniu. Ale dla mnie pojawia się tutaj niezwykle ciekawa myśl.

A co, jeśli mózg rzeczywiście świetnie zna drogę, ale kierunku szukamy gdzie indziej?

Co to oznacza dla zmiany?

Tutaj chcę się zatrzymać. Bo to jest serce sprawy. Dosłownie i przenośnie.

Jeżeli przez lata człowiek żył w napięciu, chaosie, niepewności — jeżeli jego codziennością była walka, ucieczka, zamrożenie albo nieustanna czujność — mózg nauczył się tego świata. Poznał jego drogi. Nauczył się przewidywać zakręty. Wie, gdzie może pojawić się zagrożenie. Ma mapę.

I tutaj pojawia się paradoks. Kiedy przychodzi spokój, mózg nie zawsze od razu rozpoznaje go jako coś znajomego. Bo nie ma jeszcze takiej mapy. Za cicho. Za spokojnie. Za łatwo. Coś jest nie tak. I uruchamia to, co zna. Czujność. Analizowanie. Przewidywanie. Czasem powrót do starych zachowań i starych reakcji.

Nie dlatego, że człowiek sabotuje własne szczęście. Nie dlatego, że „nie chce się zmienić”. Myślę, że czasem mózg po prostu broni środowiska, które zna. Bo znane można przewidzieć. Nawet jeśli boli. Nowe — choćby było spokojem — jest niewiadomą. I właśnie tutaj wracam do serca.

Może zmiana nie zawsze zaczyna się od nowej myśli? Może nie zaczyna się od kolejnego planu, analizy i listy rzeczy do zrobienia? Może czasem najpierw musi pojawić się nowy sygnał. Nowy rytm. Nowe doświadczenie bycia. Chwila, w której ciało zaczyna doświadczać, że spokój nie zawsze jest ciszą przed burzą.

Dlatego sama zmiana myślenia czasem nie wystarcza. Dlatego afirmacje rzucone na ciało, które nie zna spokoju, potrafią ślizgać się po powierzchni. Możesz powtarzać: „Jestem bezpieczna”. A coś w tobie odpowiada: „Nie znam tego miejsca”.

Nie potrzebuję tutaj udowadniać, że serce „wie lepiej” od mózgu. Bardziej interesuje mnie inna możliwość.

Może próbujemy czasem narysować nową mapę, zanim w ogóle poczujemy, dokąd chcemy iść?

A coaching? Serce czy rozum?

To pytanie wydaje mi się jednym z najważniejszych pytań w filozofii coachingu. Alan Seale proponuje pytanie, które bardzo lubię. Nie: „Co mam zrobić?”, ale: „Co chce się wydarzyć?”. I dodaje, że głowa może być tym pytaniem zdezorientowana. Ale serce je zrozumie.

Kokoro (心) to japońskie pojęcie oznaczające zintegrowane centrum ludzkiego doświadczenia. Najczęściej tłumaczy się je jako „serce”, „umysł” lub „duch”, jednak żadne z tych określeń nie oddaje w pełni jego znaczenia. Kokoro obejmuje jednocześnie myśli, emocje, wolę, intencje i wartości, opisując człowieka od wewnątrz jako spójną całość.

Metaforycznie kokoro można porównać do kompasu, który wskazuje kierunek, podczas gdy rozum wyznacza drogę. W coachingu przypomina ono, że trwała zmiana rodzi się nie tylko z analizy i planowania, lecz także z harmonii między myśleniem, odczuwaniem i działaniem.

Nie potrzebuję neurobiologicznego dowodu na to, że serce zna odpowiedź. Wystarczy mi, że ta metafora otwiera czasem rozmowę, której nie potrafiła otworzyć kolejna analiza.

Bo kiedy pytam: „Co mam zrobić?”, moja głowa natychmiast rusza do pracy. Plan. Strategia. Możliwości. Ryzyko. Lista zadań.

Ale pytanie: „Co chce się wydarzyć?” robi coś zupełnie innego. Zatrzymuje. Otwiera przestrzeń. Zaprasza do nasłuchiwania.

To nie znaczy, że w coachingu ignorujemy intelekt. Wręcz przeciwnie. Intelekt jest niezbędny. To on organizuje. Planuje. Sprawdza. Buduje strategię. Wdraża.

Ale może nie zawsze powinien być pierwszy? Może najpierw warto usłyszeć kierunek. A dopiero potem narysować mapę.

Doty pisze o mózgu i sercu jako o magicznym duecie. I chyba właśnie słowo „duet” jest tutaj najważniejsze. Nie serce zamiast rozumu. Nie intuicja zamiast myślenia. Współpraca. Kolejność. Synchronizacja.

Lubię myśleć, że serce wskazuje kierunek, a mózg zna drogę.

Pytania, które porządkują

Seale proponuje trzy pytania. Zawsze w tej kolejności:

  1. Co chce się wydarzyć?
  2. Do bycia kim mnie to zaprasza?
  3. Do zrobienia czego mnie to zaprasza?

Zauważ tę kolejność. Najpierw kierunek. Potem bycie. Dopiero na końcu działanie.

A my tak często zaczynamy właśnie od końca. „Co mam zrobić? Co zmienić? Jaki jest plan? Od czego zacząć?” Głowa. Głowa. Głowa.

A może czasem warto przez chwilę niczego nie rozwiązywać?

Kiedy następnym razem staniesz przed decyzją — dużą albo zupełnie małą — zanim zapytasz głowy, co masz zrobić, połóż rękę na klatce piersiowej. Oddychaj przez chwilę trochę spokojniej niż zwykle. I zapytaj: „Co tutaj chce się wydarzyć?”.

Nie wymyślaj. Posłuchaj.

A potem? Potem zaproś głowę. Niech zrobi to, w czym jest naprawdę dobra.

Niech narysuje mapę.

Źródła inspiracji: James R. Doty, „Mózg i serce — magiczny duet”; Alan Seale, „Transformująca Obecność”.