O łzach, które ukrywamy — i o tym, co coaching ma z tym wspólnego

Przychodzimy na świat z płaczem. To nasz pierwszy oddech, pierwszy krzyk — pełna, nieocenzurowana ekspresja ciała, które właśnie zetknęło się z rzeczywistością. Co więcej, ten płacz był wyczekiwany i przyjęty z ulgą. Nikt nie mówi noworodkowi: „nie płacz, bo co sobie pomyślą”. I przez chwilę — przez bardzo krótką chwilę — płakanie jest zupełnie normalne.

A potem zaczyna się edukacja

Kiedy nauczyliśmy się wstydzić łez? Gdzieś między pierwszym a kilkunastym rokiem życia większość z nas przechodzi podobną transformację. Płacz, naturalny, fizjologiczny mechanizm regulacji emocjonalnej, zaczyna być czymś, co należy ukrywać, tłumić, przepraszać za niego. „Nie płacz”. „Nie bądź beksą”. „Chłopaki nie płaczą”. „Weź się w garść”. Te zdania, wypowiadane często z troski, z najlepszych intencji, wbudowują się w naszą tożsamość. Płacz przestaje być sygnałem, a zaczyna być interpretowany jako słabość. I zamiast pytać siebie „o czym ten płacz mi mówi?”, uczymy się jednej odpowiedzi: „muszę go powstrzymać”. Paradoks jest taki, że im bardziej hamujemy łzy, tym więcej energii wydajemy na samo tłumienie. Ciało i tak niesie ten ładunek, tylko głębiej, mniej widocznie, a przez to trudniej dostępy. Łzy to język, którym ciało mówi wtedy, gdy słowa już nie wystarczają.

Co się dzieje, gdy ktoś przy nas płacze? Wyobraź sobie sytuację: jesteś na spotkaniu, ktoś zaczyna płakać. Co czujesz? Dla większości z nas — natychmiastowy dyskomfort. Pojawia się impuls, żeby „naprawić”. Podać chusteczkę. Zmienić temat. Powiedzieć „nie płacz, wszystko będzie dobrze”. Ten dyskomfort nie bierze się z braku empatii. Bierze się z tego samego przekazu, który sami wchłonęliśmy: płacz jest problemem do rozwiązania, a nie doświadczeniem do przeżycia. Dlatego nasz odruch to nie „być z tą osobą” — tylko „wyciągnąć ją z tego stanu”. Tymczasem osobie, która płacze, najczęściej nie potrzeba naprawiania. Potrzeba obecności. Potrzeba, żeby ktoś wytrzymał razem z nią w tym, co jest, nie odwracał wzroku, nie przestraszył się, nie uciekł za pomocą słów pocieszenia.

Coaching i łzy — co wspólnego?

W coachingu płacz pojawia się często. Dobrze prowadzona przestrzeń coachingowa bywa dla wielu jedynym miejscem w życiu, gdzie nikt im nie powie „nie płacz”. I to właśnie sprawia, że jest tak potężna. Kiedy klient zaczyna płakać podczas sesji, dzieje się coś ważnego, to nie jest „awaria” spotkania. To często przełom. Ciało mówi to, czego słowa jeszcze nie dosięgają. Łzy mogą oznaczać wiele rzeczy: ulgę, rozpoznanie prawdy, kontakt z czymś głęboko ważnym, żal za utraconą szansą, radość z odzyskanego sensu. Zadanie coacha i każdego, kto towarzyszy innemu człowiekowi w trudnym miejscu, to nie usuwać łzy. To być na tyle spokojnym, żeby dać im miejsce. Nie chodzi o to, żeby zatrzymać płakanie. Chodzi o to, żeby towarzyszyć temu.

Pixabay | pexels.com

Trzy pytania, które warto sobie zadać

  • Czy pozwalam sobie płakać — i co mi to utrudnia? Wiele osób odkrywa, że nie płakało od lat i nie dlatego, że nie ma ku temu powodów.
  • Jakie mam przekonania na temat płaczu? Kto mi powiedział, że nie wolno? Co by się stało, gdybym pozwolił/-a sobie na płacz?
  • Co robię, gdy ktoś bliski płacze? Uciekam, pocieszam, zmieniam temat? Czy potrafię po prostu usiąść obok, spojrzeć w oczy i powiedzieć: „jestem tu, widzę cię”? To wymaga treningu i odwagi.
  • Jaką wiadomość niesie mój ostatni płacz, albo ten, który czuję, że się gdzieś zatrzymał? Co moje ciało próbuje mi powiedzieć?. Zamiast gasić sygnał, warto go odczytać.
W świecie, który nagradza kontrolę i opanowanie, płakanie jest aktem niemal rewolucyjnym. To zgoda na to, że coś mnie dotknęło. Że jestem wystarczająco blisko siebie, żeby to poczuć. Że nie muszę być nieprzenikalny/-a.
Płakać to nie słabość, to odwaga bycia w kontakcie. 
W coachingu pracujemy nie tylko z celami i planami działania. Pracujemy z całym człowiekiem: z jego przekonaniami, wzorcami, ciałem, emocjami. I czasem najważniejsza praca dzieje się właśnie wtedy, gdy klient przestaje kontrolować, a zaczyna czuć. Może więc warto odrehabilitować płacz. Nie jako słabość, którą należy ukryć, ale jako sygnał, który warto usłyszeć. Jako dowód na to, że coś jest dla nas ważne. Jako jeden z języków, którymi porozumiewa się nasze wewnętrzne życie. Przyszedłeś/-aś na świat z płaczem... to był dobry pomysł od samego początku.